Ignacjańskie korzenie reformy Kościoła papieża Franciszka (część 3)

mateusz.pl / Jacek Poznański SJ

Antonio Spadaro SJ

Ignacjańskie korzenie reformy Kościoła papieża Franciszka (część 3)

tłum. Jacek Poznański SJ

 

Odkryć największe w najmniejszym

Zasada, która syntetyzuje ewolucyjną wizję papieża Franciszka, wyraża się w motcie: Non coerceri a maximo, contineri tamen a minimo, divinum est, które można przetłumaczyć: „Boską rzeczą jest nie być ograniczonym przez to co największe, a mimo to być zawartym w tym, co jest najmniejsze”. Jest to część długiego literackiego epitafium ułożonego przez anonimowego jezuitę na cześć Ignacego z Loyoli. Tak bardzo spodobało się ono niemieckiemu poecie Hölderlinowi (1770-1843), że umieścił je jako motto dla swojej najgłośniejszej powieści lirycznej Hyperion albo eremita w Grecji. A wiemy dobrze, jak bardzo Bergoglio ceni Hölderlina, do tego stopnia, że zacytował go w oryginale, kiedy przyjmował kardynałów w Sali Klementyńskiej dwa dni po swoim wyborze.

Co chce powiedzieć papież Franciszek, cytując to epitafium? To, że patrząc w horyzoncie królestwa Bożego, rzeczy najmniejsze mogą być nieskończenie wielkie, a ogrom może być klatką. Wydaje się to paradoksem, lecz nie dla Boga, który stał się ciałem. Wielkie przedsięwzięcie reformy realizuje się w najmniejszym geście, w małym kroku: Bóg ukryty jest w tym, co małe i w tym, co wzrasta, chociaż nie jesteśmy w stanie tego zobaczyć. Jest to myśl, która towarzyszy Bergoglio przynajmniej od czasu, kiedy był prowincjałem, jak to poświadcza jeden z jego esejów pod tytułem „Conducir en lo grande y en lo pequeño”. Jest to być może najbardziej znaczący jego tekst, zważywszy na to, że papież przywoływał mi kilka razy refleksje w nim zawarte.

Postrzeganie boskości zawartej w najmniejszej przestrzeni i nieograniczonej przez przestrzeń największą jest więc podstawowym kryterium. Bez tego będzie się „księdzem szarlatanem, który w swoim wałęsaniu się ukazuje niezdolność do pozostania zakorzenionym w Bogu i konkretnej historii, z którą jest zbratany”; lub też będzie się miało „opracowane wielkie plany pozbawione jakiejkolwiek uwagi dla konkretnych pośrednictw, które powinny je realizować”; albo można spowodować zatrzymanie się „w każdym momencie na drobnostkach bez umiejętności przekroczenia ich na poziomie Boga”. To paradoksalne motto staje się kryterium pastoralnego działania, lecz także kryterium przywództwa i wydawania sądu o rzeczywistości.

Uwzględniać granice, konflikty i problemy

Bergoglio jednak nie mówi nigdy o jakimś heroicznym i wysublimowanym pragnieniu, odległym od codziennego przemijania dni. Nie jest „maksymalistą”. On nie wierzy w sztywny idealizm ani w jakiś „etycyzm”, ani w „duchowościowe ‘abstrakcje’„. Duchowa droga nie ma nic wspólnego z jakąś „pseudo-mistyką”, która promuje bajki wynalezione przez nasze zalęknione i nieoczyszczone serca. Prawdziwa droga duchowa mieści w sobie wzięcie odpowiedzialności za naszą epokę, naszą biedę, naszą historię. Z tego powodu integralnymi częściami drogi duchowej są granice, konflikty i problemy.

We wnętrzu wzrostu wręcz nie należy „źle obchodzić się z granicami”. Za pomocą tego wyrażenia Bergoglio ma zamiar ponownie wyczulić uwagę na agresję ze strony idealizmu, „który ma zawsze pokusę, aby projektować na rzeczywistość idealny schemat, bez brania pod uwagę granic tej rzeczywistości (jakakolwiek by ona była). To niebezpieczeństwo może pojawić się także na poziomie ascetycznym: złe obchodzenie się z granicami poprzez nadmiar (domagając się w nieznoszący sprzeciwu sposób), lub przez brak (ustępując, nie obstając przy palikach, które byłyby umieszczone)”.

Relacja pomiędzy pragnieniem a granicą jest korzystna, realistyczna, humanizująca: uwydatniając naszą małość, otwiera nas na „coraz większą” wielkość Boga. Bergoglio pisze: „Postać przewodnika, który nie boi się ustalić granic, a jednocześnie powierza się dynamice nadziei wyrażonej w oczekiwaniu na działanie Pana w procesach, jest dla członków jakiejś instytucji obrazem silnego człowieka, który stoi na czele czegoś, co nie jest jego, lecz ‘jego Pana’, obrazem człowieka, który nie daje się przestraszyć przez horyzont wielkich przedsięwzięć, a jednocześnie nie narzeka gardząc małymi rzeczami”. Raczej to sam Bóg nam pomaga przyjąć nasze granice, ponieważ on sam „wyraża siebie w granicach”, a zatem jest konieczne „zaakceptować granice naszego pastoralnego wyrażania (tak odległe od koncepcji tego, który dzierży klucz świata, który nie zna ani oczekiwania ani zmęczenia, który żyje popychany przez histerie i złudzenia)”.

Nie należy lękać się nawet konfliktów, które czasami wstrząsają i przerażają. Papież Franciszek użył pięknego obrazu przemawiając do przełożonych zakonów męskich w listopadzie 2013 roku: „pieścić konflikty”. Dla Bergoglio najbardziej charakterystyczną cechą Towarzystwa Jezusowego jest „uczynienie możliwym harmonizowanie sprzeczności”. Zestawia na poczekaniu listę takich sprzeczności: „My, jezuici, byliśmy zarazem kontemplatykami i ludźmi działania; ludźmi rozeznawania i ludźmi posłuszeństwa; ludźmi ‘dobrze utrwalonych’ dzieł oraz ludźmi misji, które wydają się wdzieraniem się; ludźmi, którzy poświęcają się temu, co robią z całkowitym zaangażowaniem i, z drugiej strony, są ogromnie dyspozycyjni (ludźmi, którzy byli w tym samym stopniu jezuitami, kiedy kształtowali ludy i kiedy ich mieszkanie redukowało się do ręcznego wózka: takimi byli nasi misjonarze)”. Sprzeczności stanowią część płodnej historii.

W rzeczywistości tak jest też z problemami. I to do tego stopnia, że nie zawsze jest korzystne by je rozwiązywać, pisze Bergoglio. Nie jest powiedziane, że problem należy zawsze rozwiązywać natychmiast, bezzwłocznie. Potrzeba rozeznawania, które zawiera historię i sprawdza czasy i momenty. Niekiedy problem rozwiązuje się bez potrzeby natychmiastowego roztrząsania go. Potrzeba zatem rozumieć procesy w toku, wyrzekając się też spraw o chwilowym znaczeniu. Prawdziwą i właściwą pokusą jest „chcieć oddzielać przed czasem ziarno od kąkola” (J. Bergoglio). Są to słowa ważne dla zrozumienia postawy Franciszka w kwestii dobrego wyczucia właściwego momentu reformatorskiego procesu.

Proces, który stawia czoło pokusom

Lecz także pokusy i walka przeciw pokusom jest częścią tego procesu. Dla Bergoglio proces reformy jest procesem agonijnym. Papież ma „bitewną” wizję rzeczywistości. Tę dramatyczność przejmuje on od św. Ignacego z Loyoli i z jego Ćwiczeń duchowych, w szczególności z medytacji „O Dwóch Sztandarach” (Ćd 136-148). Trzeba ją czytać spokojnie. Ignacy przedstawia pole bitwy, na którym stają naprzeciw siebie „Chrystus, najwyższy Wódz i Pan nasz” oraz „Lucyfer, śmiertelny wróg natury ludzkiej”. Dla Bergoglio w chrześcijańskim modus vivendi istnieje nieunikniony wymiar prowadzenia wojny. „Życie chrześcijańskie jest sztuką wojenną”, krótko mówiąc, i „nasza wiara jest rewolucyjna, jest zbudowana na sobie. Jest wiarą wojowniczą” (J. Bergoglio).

Lecz uwaga: rzeczywiście, nie można być naiwnym, tym niemniej – pisze Bergoglio, być może raz jeszcze burząc stereotypy – trzeba posiadać „bojową czułość, ujawniającą się w powadze dziecka, które czyni znak krzyża, i w głębi staruszki, która recytuje swoje modlitwy: oto jest wiara, oto jest szczepionka przeciw duchowi klęski”. „Rozeznawanie jest narzędziem walki”. Co więcej: „Kiedy w naśladowaniu Pana brakuje walki lub czujności, często przychodzi uśpiona wcześniej pokusa idolatrii: pokusa uczynienia z darów Pana albo i z samego Pana przedmiot zredukowany do naszych egoistycznych kategorii” (J. Bergoglio). Brak zaakceptowania wojennego charakteru naszego powołania prowadzi, z powodu lęku przed konfliktem, do uciekania się „do wszelkiego rodzaju dopasowywania się i pogmatwania… pod warunkiem, żeby tylko nastał pokój. Przez co się rozumie: aby tylko nie pojawiła się żadna sprzeczność. Rezultat: mężczyźni i kobiety, którzy nic nie wiedzą o prawdziwym pokoju, lecz żyją w tchórzostwie, lub, jeśli tak chcemy powiedzieć, w pokoju grobowców” (J. Bergoglio).

Przekł. O. Jacek Poznański SJ

Antonio Spadaro SJ, „La riforma della Chiesa secondo Francesco. Le radici ignaziane”, La Civiltà Cattolica, 24 października 2015, s. 114-131.