www.mateusz.pl/czytania

28 CZERWCA 2009

XIII niedziela zwykła

 

Dzisiejsze czytania: Mdr 1,13-15; 2,23-24; Ps 30,2.4-6.11-13; 2 Kor 8,7.9.13-15; 2 Tm 1,10b; Mk 5,21-43

Rozważania i homilie: Oremus · ks. E. Staniek · O. Gabriel od św. Marii Magdaleny OCD

 

(Mdr 1,13-15; 2,23-24)
Bóg nie uczynił śmierci i nie cieszy się ze zguby żyjących. Stworzył bowiem wszystko po to, aby było, i byty tego świata niosą zdrowie: nie ma w nich śmiercionośnego jadu ani władania Otchłani na tej ziemi. Bo sprawiedliwość nie podlega śmierci. Bo dla nieśmiertelności Bóg stworzył człowieka - uczynił go obrazem swej własnej wieczności. A śmierć weszła na świat przez zawiść diabła i doświadczają jej ci, którzy do niego należą.

(Ps 30,2.4-6.11-13)
REFREN: Sławię Cię, Panie, bo mnie wybawiłeś

Sławię Cię, Panie, bo mnie wybawiłeś
i nie pozwoliłeś mym wrogom naśmiewać się ze mnie.
Panie, Boże mój, z krainy umarłych wywołałeś moją duszę
i ocaliłeś mi życie spośród schodzących do grobu.

Śpiewajcie psalm wszyscy miłujący Pana
i pamiętajcie o Jego świętości.
Gniew Jego bowiem trwa tylko przez chwilę,
a Jego łaska przez całe życie.

Wysłuchaj mnie, Panie, zmiłuj się nade mną,
Panie, bądź moją pomocą.
Zamieniłeś w taniec mój żałobny lament.
Boże mój i Panie, będę Cię sławił na wieki.

(2 Kor 8,7.9.13-15)
Podobnie jak obfitujecie we wszystko, w wiarę, w mowę, w wiedzę, we wszelką gorliwość, w miłość naszą do was, tak też obyście i w tę łaskę obfitowali. Znacie przecież łaskę Pana naszego Jezusa Chrystusa, który będąc bogaty, dla was stał się ubogim, aby was ubóstwem swoim ubogacić. Nie o to bowiem idzie, żeby innym sprawiać ulgę, a sobie utrapienie, lecz żeby była równość. Teraz więc niech wasz dostatek przyjdzie z pomocą ich potrzebom, aby ich bogactwo było wam pomocą w waszych niedostatkach i aby nastała równość według tego, co jest napisane: Nie miał za wiele ten, kto miał dużo. Nie miał za mało ten, kto miał niewiele.

(2 Tm 1,10b)
Nasz Zbawiciel Jezus Chrystus śmierć zwyciężył a na życie rzucił światło przez Ewangelię.

(Mk 5,21-43)
Gdy Jezus przeprawił się z powrotem w łodzi na drugi brzeg, zebrał się wielki tłum wokół Niego, a On był jeszcze nad jeziorem. Wtedy przyszedł jeden z przełożonych synagogi, imieniem Jair. Gdy Go ujrzał, upadł Mu do nóg i prosił usilnie: Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła. Poszedł więc z nim, a wielki tłum szedł za Nim i zewsząd na Niego napierał. A pewna kobieta od dwunastu lat cierpiała na upływ krwi. Wiele przecierpiała od różnych lekarzy i całe swe mienie wydała, a nic jej nie pomogło, lecz miała się jeszcze gorzej. Słyszała ona o Jezusie, więc przyszła od tyłu, między tłumem, i dotknęła się Jego płaszcza. Mówiła bowiem: żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa. Zaraz też ustał jej krwotok i poczuła w ciele, że jest uzdrowiona z dolegliwości. A Jezus natychmiast uświadomił sobie, że moc wyszła od Niego. Obrócił się w tłumie i zapytał: Kto się dotknął mojego płaszcza? Odpowiedzieli Mu uczniowie: Widzisz, że tłum zewsząd Cię ściska, a pytasz: Kto się Mnie dotknął. On jednak rozglądał się, by ujrzeć tę, która to uczyniła. Wtedy kobieta przyszła zalękniona i drżąca, gdyż wiedziała, co się z nią stało, upadła przed Nim i wyznała Mu całą prawdę. On zaś rzekł do niej: Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości! Gdy On jeszcze mówił, przyszli ludzie od przełożonego synagogi i donieśli: Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela? Lecz Jezus słysząc, co mówiono, rzekł przełożonemu synagogi: Nie bój się, wierz tylko! I nie pozwolił nikomu iść z sobą z wyjątkiem Piotra, Jakuba i Jana, brata Jakubowego. Tak przyszli do domu przełożonego synagogi. Wobec zamieszania, płaczu i głośnego zawodzenia, wszedł i rzekł do nich: Czemu robicie zgiełk i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi. I wyśmiewali Go. Lecz On odsunął wszystkich, wziął z sobą tylko ojca, matkę dziecka oraz tych, którzy z Nim byli, i wszedł tam, gdzie dziecko leżało. Ująwszy dziewczynkę za rękę, rzekł do niej: Talitha kum, to znaczy: Dziewczynko, mówię ci, wstań! Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat. I osłupieli wprost ze zdumienia. Przykazał im też z naciskiem, żeby nikt o tym nie wiedział, i polecił, aby jej dano jeść.

 

Bóg nie uczynił śmierci ani się na nią dla nas nie zgadza. On jest dawcą życia – to prawda podstawowa, do której każdy chrześcijanin powinien wracać jak do źródła. Bożą odpowiedzią na cierpienie i śmierć jest zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa, które wspominamy i świętujemy każdej niedzieli. Za cenę własnego ogołocenia Jezus zwycięża naszą śmierć i uwalnia nas z ciemności grzechu, abyśmy mogli żyć w Bożym świetle i osiągnąć szczęście.

Ks. Jarosław Januszewski, „Oremus” lipiec 2006, s. 10

 

„Tylko wierz!”

Jest to chyba jedna z najbardziej przejmujących scen ewangelicznych, której nie sposób stawiać sobie przed oczami bez łez wzruszenia i ściśnięcia gardła. Może dlatego, że potrafimy wczuć się w bezsilność rodziców wobec choroby córeczki, bo i sami nieraz przeżywamy – albo z lękiem i drżeniem wyobrażamy sobie tylko, podobne chwile i sytuacje? A może dlatego, że happy end, którego sprawcą i bohaterem był Chrystus, tak bardzo odpowiada naszym pragnieniom i postulatom?

Ale elementem, który nas chyba najbardziej porusza, jest postawa ojca. Tak usilna prośba i wielka nadzieja, która jej towarzyszyła, musi poruszyć nawet najbardziej nieczułe serce. Ale dlaczego? Może dlatego, że była to nadzieja i wiara wbrew wszystkiemu, bez szans, że w zasadzie nie miała prawa się spełnić, a jednak nie odstręczyło to ojca dziewczynki? Taka nadzieja nie może pozostać bez odpowiedzi. Wszyscy chyba jesteśmy co do tego zgodni. Nawet, gdyby Boga miało nie być, to na ten jeden raz należałoby Go wymyślić, aby zadośćuczynić błaganiu tego ojca. Ale Bóg jest i dlatego nie trzeba niczego wymyślać. Wystarczy, a raczej: trzeba, uwierzyć w fakty, w to, co Jezus wtedy zrobił.

Tu jednak napotykamy na trudności. Łatwo jest się tą Ewangelią wzruszyć, łatwo ją sobie wyobrazić w postaci dramatycznego filmu, łatwo się nią pocieszyć w trudnej chwili, ale bardzo trudno w nią uwierzyć – że jest oparta na faktach i fakty opisuje. Wydaje się nam to zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe i rzeczywiste. Zwłaszcza, że tyle podobnych sytuacji wcale nie miało happy endu, lecz kończyło się tragicznie. Dlaczego Jezus nie pomaga zawsze, a tylko niekiedy, i to dawno, dawno temu?

Cóż, może nie chce z wyjątku robić reguły, nie chce unieważniać praw, które są zgodne z porządkiem natury. Pewnie też nie chce unicestwiać konsekwencji czynów, za które sami jesteśmy jakoś odpowiedzialni: na ogół bowiem cierpienie niewinnych dzieci jest u swych korzeni spowodowane naszym egoizmem, brakiem miłości czy choćby lekkomyślnością, a ostatecznie grzechem pierworodnym. Długi łańcuch skutków owocuje w końcu łzami dziecka. Nie sądźmy, że Chrystus tych łez chce i przygląda się im nieczule lub z satysfakcją; nie, On płacze i cierpi razem z nami, ale z bólem jednak pozwala, by sprawy potoczyły się własnym biegiem.

Bo co by było, gdyby uzdrawiał każdego chorego? Szybko byśmy się przyzwyczaili, że tak być musi, że Bóg jest po to, by interweniować za każdym razem, gdy sobie tego zażyczymy, albo gdy zawiedziemy i coś popsujemy. Tak było do chwili grzechu pierworodnego: człowiek miał raj na ziemi, nie znał chorób ni śmierci, a jednak nie potrafił tego uszanować. Więc i tym razem pewnie byśmy Boga nie uszanowali.

Jednakże pomimo wszystko, Bóg jest Panem życia i śmierci. Dla Niego nie ma sytuacji niemożliwych i gdy chce, może przywrócić zdrowie i życie każdemu. Ale nie na pstryknięcie palcem. Takie wskrzeszenie do nowego życia wymaga naszej wiary. Jezus wprost o tym powiedział: „Nie bój się, tylko wierz!” Do zmartwychwstania potrzebna jest wiara! Zdobądźmy się na taką wiarę, a może też staniemy się uczestnikami czy świadkami cudu?

Ale wiara na miarę zmartwychwstania musi być bezwarunkowa, to znaczy, nie może ustać nawet wtedy, gdy dziecko nie zmartwychwstanie natychmiast. Autentyczna wiara w zmartwychwstanie daje gwarancje, że powstanie z martwych nastąpi po Sądzie Ostatecznym. To powinno wystarczyć, by na razie nie utracić nadziei. Wybór trzeba pozostawić Bogu, nie stawiając Mu żadnych warunków. On zobaczy, co zrobić, a my nie bójmy się, tylko wierzmy.

Ks. Mariusz Pohl

 

Potęga wiary

Dwanaście lat cierpienia. Szereg spotkań z różnymi lekarzami i całe mienie wydane na lekarstwa. Wszystkie zabiegi okazały się bezowocne. Lekarze nie pomogli. Pacjentka czuła się coraz gorzej. Jakże łatwo w tej nieszczęśliwej kobiecie z Ewangelii może rozpoznać siebie każdy, kto został dotknięty nieuleczalną chorobą. Jak złudna jest nadzieja pokładana w lekarzach, jak szybko z powodu małej skuteczności ich zabiegów potęguje się rozczarowanie. Jak często chory zaciąga nawet długi, by zdrowie ratować, a o pokonaniu słabości nie ma mowy. Lekarze mogą wiele, ale nie są wszechmocni. Mimo wiedzy i dostępnych środków ze śmiercią wygrać nie potrafią.

Doskonale to ukazuje również druga postać z dzisiejszej Ewangelii. Jair, ojciec, który prowadzi Jezusa do swej umierającej córki. I on zrozumiał, że lekarze nie uratują dziecka. Została mu zatem tylko jedna szansa, znaleźć człowieka, który dysponuje mocą Boga i może wyrwać chorego nawet z nieuleczalnej choroby. Zawierzył Jezusowi.

Scena uzdrowienia kobiety rozgrywa się w drodze Jezusa do domu chorej córki Jaira. Oboje, cierpiąca na krwotok niewiasta i bezradny wobec śmiertelnej choroby dziecka ojciec, zawierzyli Mistrzowi z Nazaretu.

Wiara to skarb niesamowity. Najwyższe dobro, w którym mieści się całe bogactwo życia wiecznego i doczesnego. Rzadko jednak spotyka się ludzi, którzy potrafią całkowicie zawierzyć Bogu. Kobieta powiedziała sobie: „Żebym się choć jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa”. A gdy to stało się faktem, Jezus wyjaśnia, czemu zawdzięcza swe uzdrowienie: „Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości!”

Potęga wiary, podobnie jak potęga miłości, jest jeszcze wciąż nieodkrytą szansą człowieka. Nie cenimy wiary. Pokładamy ufność w pieniądzach, majątku, wiedzy, ludziach na stanowiskach, a nie doceniamy potęgi wiary. Tymczasem jedno dotknięcie Boga aktem wiary może ocalić człowieka znajdującego się w sytuacji zupełnie beznadziejnej. Jest to bowiem poddanie się promieniowaniu samego Boga, źródła życia i świętości.

Jak doskonalić wiarę swoją i innych? Przede wszystkim usilną modlitwą. To Bóg swoją łaską czyni człowieka podatnym na swe działanie. Potrzebna jest też świadomość ograniczonego działania wszystkich doczesnych środków, które w sytuacjach krytycznych zawodzą. Warto również z większą uwagą, sercem odmawiać wyznanie wiary: „Wierzę w Boga Ojca wszechmogącego”. A w konkretnych okolicznościach sprawdzać, o ile wierzę Bogu. My najczęściej wiemy, że Bóg sprawi to, o co Go poprosimy. Tymczasem On nie sprawia z powodu słabej naszej wiary. To ona nie jest dobrym przewodnikiem Jego mocy w nasze serca.

W cisnącym się do Jezusa tłumie ludzi było na pewno wielu chorych. Dotykali Mistrza z Nazaretu, ale nie zostali uzdrowieni, bo nie czynili tego z wiarą. Jedna kobieta, anonimowa, dotknęła i została uzdrowiona.

Wiara to skarb bezcenny. Trzeba ją pielęgnować. Okazuje się, że w niej zawarte jest błogosławieństwo doczesne i błogosławieństwo wieczne. Trzeba zabiegać, by ona wzrastała w sercach naszych i w sercach innych. Rodzice, jeśli sami promieniują wiarą i potrafią przekazać ten skarb dzieciom, mogą być spokojni o ich los tu na ziemi i w wieczności. Największe wysiłki pedagogiczne może zniszczyć choroba dziecka, najpiękniejsze owoce wychowawcze może przekreślić śmierć. To tylko wiara jest w stanie twórczo wykorzystać nawet nieszczęście spadające na człowieka. Dobry chrześcijanin nieustannie doskonali swoją wiarę wiedząc, że od jej potęgi zależy w jego życiu wszystko.

Ks. Edward Staniek

 

„Dla nieśmiertelności”

„Księga Mądrości” powstaje przed przyjściem Jezusa i przed przełamaniem przez Niego pieczęci na bramie krainy śmierci. Autor jednak odkrywa wieczny wymiar ludzkiego życia. „Dla nieśmiertelności Bóg stworzył człowieka, uczynił go obrazem swej własnej wieczności”.

Dostrzegając tę prawdę jasno rozróżnia dwie koncepcje ludzkiej egzystencji. Jedna zamknięta w doczesności, ograniczona datą poczęcia i datą śmierci, druga otwarta na wieczność. O mądrości można mówić wyłącznie w tej drugiej koncepcji.

Autor zna, i to dobrze, zasady ludzi lekceważących wieczność. Sprowadza je zasadniczo do trzech.

Pierwsza to rozumienie życia doczesnego jako zabawy, jako pogoni za przyjemnością, za chwilowym szczęściem. W tej koncepcji sens życia sprowadza się do radosnego szaleństwa lub budowania swego świata z tego, co lubię.

Druga zasada to przemoc. Nie można się bawić nie mając na zabawę pieniędzy, przestrzeni, czasu. Trzeba więc robić to kosztem innych. Wszyscy słabi nie wytrzymują tej konkurencji. Przegrywają. Mocni łatwo zdobywają środki potrzebne do ich zabawy, a że to jest za cenę łez słabszych, tego nie biorą pod uwagę. Giną więc nienarodzeni, bo bezbronni, zagrożeni są kalecy, nieuleczalnie chorzy, słabi z powodu starości. Taka jest cena widzenia człowieka jedynie w granicach doczesności.

Trzecia zasada to likwidacja każdego, kto nie pochwala życia rozumianego jako zabawa. Staje się on niebezpieczny, on przeszkadza w zabawie. On się nie chce zgodzić na udział w niej. Ponieważ nie może zejść z pola widzenia, trzeba go zlikwidować. Ta zasada prowadzi do prześladowania ludzi prawych i mądrych.

Ten, kto dostrzegł swą nieśmiertelność, nigdy nie potraktuje życia jako zabawy. Jest ono bardzo poważną podróżą, której celem jest dotarcie pełną niebezpieczeństw drogą do celu. Zabawa w tej drodze to jedynie chwila oddechu. Ona nie może opóźnić wędrówki, winna w niej pomagać. W tej sytuacji sto procent sił, czasu i środków jakimi człowiek dysponuje, musi być poświęcone na wędrówkę, a nie na zabawę.

Człowiek mądry nigdy też nie będzie sięgał po przemoc, by żyć cudzym kosztem. Wie bowiem, że taki czyn jest krokiem wstecz na drodze do wieczności. Uczyni natomiast wszystko, by każdy człowiek mógł przebyć drogę wiodącą do nieśmiertelności. Spotkanie ze słabym jest połączone z mobilizacją sił, by mu pomóc w jego dojrzewaniu do wieczności. Człowiek świadom swej nieśmiertelności nie skrzywdzi nikogo, bo wie, że byłaby to krzywda widoczna w skali wieczności, byłaby to strata nie do odrobienia.

Wreszcie człowiek dostrzegający możliwość życia poza granicą śmierci szuka takich, którzy wędrują obraną przez niego drogą. Szuka człowieka, który nie zgadza się na uczestniczenie w pogoni za zabawą i łatwym urządzeniem doczesności. Potrzebuje towarzysza na swej drodze i cieszy się każdym, którego znajdzie. Długa podróż, przez niebezpieczne tereny, w gronie przyjaciół zmierzających w tym samym kierunku, staje się o wiele łatwiejsza i bezpieczniejsza. Tym bardziej, że ludzie mądrzy muszą się liczyć z ciągłym zagrożeniem ze strony tych, którzy traktują życie jako zabawę i nienawidzą wędrujących do innego celu. To zmaganie stanowi największe zagrożenie na drodze wiodącej do wieczności.

Każdy myślący chrześcijanin winien przynajmniej raz w roku znaleźć nieco czasu na przeczytanie <MI>Księgi Mądrości<D>. Znajdzie w niej doskonały materiał ułatwiający rozumienie życia zarówno tego, które promieniuje blaskiem nieśmiertelności, jak i tego, które czaruje doczesną zabawą. Im wcześniej człowiek odkryje te dwie koncepcje życia, tym lepiej potrafi dni swego pobytu na ziemi wykorzystać.

Ks. Edward Staniek

 

„Wysławiam Ciebie, Panie, boś mnie wybawił... przywróciłeś mnie do życia spośród schodzących do grobu” (Ps 30, 2. 4)

Dwugłos śmierć—życie stanowi główny temat dzisiejszej liturgii słowa.

Bóg, żyjący ze swej istoty, określił samego siebie: „Jestem, który jestem” (Wj 3, 14); tylko On jest sprawcą życia. „Bóg — mówi Księga Mądrości — śmierci nie uczynił i nie cieszy się ze zguby żyjących” (1, 13). Stwarzając człowieka na swój obraz i podobieństwo nie mógł przeznaczyć go do śmierci. Pismo święte mówi o tym jasno: „Bóg dla nieśmiertelności stworzył człowieka — uczynił go obrazem swej własnej wieczności” (Mdr 2, 23). Skąd więc pochodzi smutna rzeczywistość śmierci, której nikt uniknąć nie może? Na pierwszych kartach Biblii jest ukazana jako kara za ‘grzechy (Rdz 3, 19), a dzisiejszy wyjątek z Pisma św. nawiązując do tego pojęcia wyjaśnia: „Śmierć weszła na świat przez zawiść diabła” (Mdr 2, 24), Zły przyprowadzając człowieka do grzechu pociągnął go do śmierci w pełnym tego słowa znaczeniu: śmierci fizycznej i duchowej, czyli wiecznego odłączenia od Boga. I jeśli śmierć ciała — chociaż pozostaje nadal następstwem grzechu — dla sprawiedliwego stanowi przejście do życia wiecznego, to dla grzesznika łączy się ze zgubą wieczną. „Sprawiedliwość nie podlega śmierci” (Mdr 1, 15), twierdzi Pismo święte; nieśmiertelność ma więc zapewnioną ten, kto żyje cnotliwie, według Boga; bezbożni swymi grzechami „ściągają śmierć na siebie” (tamże 16), śmierć wieczną, nieodwracalne odłączenie od Boga, źródła życia.

Jezus, odkupując człowieka z grzechu, odkupił go także od śmierci; przywrócił mu w pełni jego przeznaczenie do życia wiecznego. Ta moc Chrystusa okazała się przez wskrzeszenia, jakich dokonał. Dzisiejsza ewangelia (Mk 5, 21-43) podaje wskrzeszenie córki Jaira. O niej, podobnie jak o Łazarzu, Jezus nie mówi że umarła, lecz że śpi: „Dziecko nie umarło, tylko śpi” (tamże 39); jakby chciał zaznaczyć, że śmierć, jako sen, jest podatna na obudzenie i że dla Niego nie jest trudniej wskrzesić umarłego, niż dla człowieka obudzić tego, kto śpi.

Wskrzeszenia, jakich Jezus dokonał, są niewątpliwie wydarzeniami wyjątkowymi; są zapowiedzią rzeczywistości o wiele większej, która dokona się na końcu czasów dla wszystkich ludzi: zmartwychwstanie ciał. Św. Jan Chryzostom wyjaśniając opowiadanie ewangeliczne mówi: „Chrystus nie wskrzesił twojej córeczki? A wiec wskrzesi ją z bezwzględną pewnością i z większą chwałą. Ta dziewczynka, mimo że została wskrzeszona, umarła ponownie; lecz twoja córka, kiedy zmartwychwstanie, pozostanie na zawsze nieśmiertelna”. Taka jest wiara i pewna nadzieja chrześcijanina i w odniesieniu do siebie samego, i wszystkich jego drogich: „oczekuję wskrzeszenia umarłych i życia wiecznego w przyszłym świecie” (Wierzę). Trzeba umacniać tę wiarę i nadzieję, aby móc patrzeć na własną śmierć i innych okiem chrześcijanina: jako na narodzenie do życia wiecznego i ostateczne spotkanie z Bogiem.

Również miłość powinna przyczyniać się do tego, by człowiek był pogodny wobec śmierci. W drugim czytaniu (2 Kor 8, 7. 9. 13-15) św. Paweł zachęca Koryntian do składania szczodrym sercem datków dla wsparcia ubogich braci z Jerozolimy. Przypominając im, że Jezus „będąc bogaty, dla nas stał się ubogim, aby nas ubóstwem swoim ubogacić” (tamże 9), zachęca ich, aby z własnych zasobów zaspokajali potrzeby innych i „aby ich dostatek przyszedł z pomocą potrzebującym” (tamże 14). Innymi słowy, jałmużna, wspierając nędzę materialną opuszczonych, zmniejsza nędzę moralną posiadających, każdego, kto jej udziela. Miłość, życzliwość, wielkoduszność względem ubogich wyjednuje u Boga przebaczenie grzechów i wzbogaca na żywot wieczny.

O. Gabriel od św. Marii Magdaleny, karmelita bosy
Żyć Bogiem, t. II, str. 331

 

 

» Przypominamy o możliwości bezpłatnej elektronicznej prenumeraty „Czytań na każdy dzień” – szczegóły na stronie Prenumerata.

» Powrót na stronę główną „Czytań”

 

 

© 1996–2009 www.mateusz.pl